Zaczęliśmy rzucać pomysłami fajnych miejsc, które byśmy chcieli odwiedzić, Hiszpania, Włochy, Chorwacja - ciepłe kraje, piękne plaże i pewna pogoda, ale po chwili zamyślenia postanowiliśmy zmienić zakładane plany wygrzewania się na plażach na wypoczynek bardziej aktywny i czasem z większą dawką adrenaliny. Pomyśleliśmy o wycieczkę kolejny raz na szlaki górskie, gdzie można połączyć śmiganie po fajnych krętych drogach na motocyklu, a później zbliżyć się do natury i pięknych widoków na nieco większej wysokości niż poziom parkingu.
Dwa kraje braliśmy pod uwagę: Austria i Słowacja. Austria nas bardzo kusiła wieloma walorami i tym, że tam Nas jeszcze nie było, a wiele relacji motocyklowych z tych regionów zachwyca, ale nie dużo czasu który mieliśmy do dyspozycji i chęć powrotu kolejny raz na Słowacką stronę Tatr wygrały i wybraliśmy Słowację, ale tym razem region Wysokich Tatr.
Plan zakładał polatanie po górskich drogach, ale również codziennie jakąś wycieczkę w góry, a że nasza kondycja oraz doświadczenie we wchodzeniu na szczyty powyżej 2500 m n.p.m była niewielka, postanowiliśmy pozwiedzać wszystkie piękne słowackie Plesa, które zazwyczaj znajdowały się na wysokościach ok 1500 m n.p.m i pięknie komponowały się z widokiem Wysokich Tatr.
Kwaterę znaleźliśmy w samym centrum miejscowości Wielka Łomnica, wynajmując całe mieszkanko na parterze z bezpiecznym miejscem na moto za jedyne 8 euro od osoby (www.lomnica.net), dla porównania większość kwater, hoteli itp. w tym regionie było po 16-20 euro / osoba więc cena była naprawdę bardzo dobra.
1 dzień (niedziela)
W sobotę popołudniu dojechaliśmy z Gdańska do mojego rodzinnego domu w Chełmnie, by następnego dnia z samego rana wyjechać w kierunku granicy Słowackiej. Plan na dzisiaj to dojechać do kwatery (ok 700 km, bo chcieliśmy objechać bokiem Łódź) i jak starczy czasu zapoznania się z okolicą oraz zakupy na kolejny tydzień w jakimś markecie.
Początek dnia ponury i nie za ciepły jednak prognozy mówiły im dalej na południe tym cieplej i tak faktycznie było. W połowie Polski był już upał, więc wypinamy wszystkie membrany i lecimy jedynie na termoaktywkach.
Bez większych problemów dojeżdżamy do kwatery w ok 8h. Rozpakowujemy się i po szybkich zakupach idziemy w kimę. Prognozy słowackie niestety na kolejne dwa dni zakładały opady, pochmurno, więc odpuściliśmy na te dni jakieś wysokie wspinaczki i wybraliśmy na początek bardziej lajtowe doliny.
2 dzień (poniedziałek)
Po jakimś czasie dotarło to do nas, więc zawróciliśmy i odnajdując poprawną część szlaku ruszamy w górę. Po ok 1h 20 minut jesteśmy na Hrebienku, stąd startują szlaki na wodospady Zimnej Wody. Studiując kolejny raz mapę obieramy kierunek i zwiedzamy piękne potoki oraz mniejsze i większe wodospady. Szlak bardzo łatwy, więc nie ma co się dziwić, że nawet kobieta z wózkiem się na nim znalazła :)
Na końcu szlaku posilamy się w Chacie regionalnymi zupami i rozpoczynamy zejście wybierając inną drogę powrotną tak, by nie iść tym samym szlakiem i zobaczyć dodatkowe wodospady. Niestety większość dnia siorpie deszcz, ale widoki piękne. Po ok 6h wracamy do moto, przebieramy się i wracamy do kwatery.
3 dzień (wtorek)
Kolejny dzień rozpoczynamy bardzo wcześnie, ponieważ dzisiaj jedziemy na szlak ok 7h, by po drodze zobaczyć Zielony Potok, Zielone Pleso i Białe Pleso.
Szybkie śniadanie, pakowanie prowiantu i już jedziemy motocyklem do punktu startowego, czyli do parkingu leśnego w miejscu o nazwie Biała Voda. Parking na 10-20 aut praktycznie w lesie a przy nim siedzi jakiś arab i chce 5 euro za dzień, niestety nie dało się z nim za bardzo porozumieć próbując negocjować w różnych językach, on jednak powtarzał jak mantrę 5 euro.
Szlak na początku dosyć plaski, z czasem zwiększający swoje nachylenie i trudności. Ludzi mało a co chwilę po jednej czy drugiej stronie piękny strumyk , zbocza i urwiska. Po ok 2h wychodzimy z zalesionego mocno obszaru i w końcu ukazują nam się szczyty i piękna dolina Kerzmarska.

4 dzień (środa)
Trasa ok 10 km spokojnie 1h-1,5h do ogarnięcia. Co jakiś czas zatrzymujemy się, by podziwiać widoki oczywiście również przy tej okazji konsumując co nieco z naszych zapasów plecakowych :)
Dojeżdżamy do Czerwonego Klasztoru, gdzie po krótkim zwiedzaniu zawracamy i tą samą trasą wracamy do Szczawnicy. Godzina ok 10-11 więc i ludzi coraz więcej, tłoczno, gęsto ale cieszymy się że chociaż w jedną stronę udało się poczuć bardziej spokój, ciszę wędrowania tylko sami po takiej pięknej ścieżce.

Wracamy do chatki, kolacja i planowanie kolejnego dnia, który miał pogodowo był najlepszy i którego chcieliśmy zmierzyć się z Sławkowym Szczytem (2452m n.p.m).
Pogoda klarowała się wyśmienita, delikatne chmurki a zza gór już się pokazywało piękne słoneczko.
Miałem troszkę obawy o Dagmarę, ponieważ wiem że ma lęk wysokości, a w górnej części tej góry będzie trzeba przejść po grani i przeskakiwać po dużych głazach, ale postanowiła, że spróbuje i zobaczymy gdzie się uda dość, tak by kolejny raz zmierzyć się z tym lękiem. Założyliśmy sobie, że wchodzimy tak wysoko jak Dagmara będzie w stanie, jeśli uda się wejść na szczyt, to super jeśli zawrócimy wcześniej i tak widoki będą na pewno wynagradzające.
Od kolejki cofamy się szlakiem czerwonym do rozwidlenia szlaków i na skrzyżowaniu wybieramy niebieski, który prowadzi bezpośrednio na szczyt. Ludzi nie ma za dużo, co nas bardzo cieszy.
Pierwsze godziny trasy to wspinanie się wąską skalną ścieżką ułożoną w gęstym lesie. Im wyżej zaczyna nam się roślinność przerzedzać i dochodzimy do poziomu kosodrzewiny, który pozwala już na ujrzenie wstępnej panoramy całej doliny i z daleka różnych wierzchołków. Pogoda słoneczna, choć co jakiś czas przechodzą takie chmury z wilgotnym powietrzem zasłaniające szczyty.
Dagmara przez cały czas sobie dobrze radzi i pokonuje kolejne przeszkody. które coraz częściej są bardziej wymagające, fizycznie oraz psychicznie. Ja im wyżej, tym czuję się lepiej :) nie mogę się napatrzeć na coraz do bliższe wierzchołki, skały wielkości ciężarówek i przepaści dosłownie krok ode mnie. Stoisz nad taką przepaścią w samotności i normalnie czujesz "I believe I can fly.." i tutaj przypomina mi się jedna z wypowiedzi psychologa, do którego przyszedł człowiek nie mający w ogóle lęku wysokości, przestrzeni i opowiadając lekarzowi sytuację, że stojąc na krawędzi skały ma wielką ochotę skoczyć, zanurkować w tą przestrzeń, czy to normalne pyta lekarza - Lekarz : Musi Pan się leczyć .... :)
Pierwsze godziny trasy to wspinanie się wąską skalną ścieżką ułożoną w gęstym lesie. Im wyżej zaczyna nam się roślinność przerzedzać i dochodzimy do poziomu kosodrzewiny, który pozwala już na ujrzenie wstępnej panoramy całej doliny i z daleka różnych wierzchołków. Pogoda słoneczna, choć co jakiś czas przechodzą takie chmury z wilgotnym powietrzem zasłaniające szczyty.
Ale wracając do szlaku, doszliśmy do przełomowego miejsca, gdzie trzeba było przejść na drugą stronę góry i następnie grzbietem w kierunku szczytu. Wysokość GPS pokazywał ok 2000m n.p.m i tutaj Dagmara miała największe wyzwania, ponieważ po drodze trzeba było praktycznie przykleić się do prawie pionowej skały z mini półeczki przejść na kolejny głaz, jak to zobaczyłem to wiedziałem, że będzie to bardzo duże wyzwanie dla niej i prawdopodobnie tutaj zawrócimy. Ale o dziwo Dagmara po opracowaniu taktyki i obserwowaniu jak to można pokonać , podjęła się tego przejścia i przeszła :) Super.. szliśmy jeszcze przez kolejne 15 minut po głazach aż doszliśmy do tego przejścia na drugą stronę góry i tutaj Dagmara powiedziała "starczy". Z wyliczeń moich brakowało ok 2h na szczyt i Dagmara chciała bym szedł a ona poczeka, jednak nie było takiej opcji, by tutaj na skale czekała na mnie ok 4 h jak wrócę. Porobiliśmy sobie fotki, chłonęliśmy widoki i świeże powietrze i może z lekkim niedosytem jednak dumni, że tak wysoko weszła osoba z lękiem wysokości rozpoczęliśmy zejście, które wcale nie było łatwiejsze i w pewnych odcinkach zajęło nam więcej czasu niż wdrapanie się na nie.
Schodzimy na Hrebieniok, skąd wsiadamy w kolejkę i jedziemy do Starego Smokowca, wynajdujemy kolejny raz fajną restauracyjkę i zajadamy się słowackimi specjałami (Bryndzowe Haluski, Palaczinki, wysmażany ser czy zupy czosnkowa, fasolowa).
Mamy troszkę zapasu czasu tego dnia, więc latamy po lokalnych drogach, które czasem są szerokie jak autostrady i nie ma problemu z pokonywaniem winkli, innym razem robią się jednokierunkowym chodnikiem, gdzie czasem brak asfaltu.
6 dzień (piątek)
I tym razem się udało, dochodzimy do Strebskiego Plesa i widzimy na wodzie łódki, więc już wiemy, że dzisiaj się uda. Nie czekając idziemy wypożyczyć sprzęt (18 euro - 40 minut) i już śmigamy po jeziorku oglądając wokół szczyty Tatr i skocznie narciarskie, które są tuż obok. Pierwszy raz płynąłem łódką tego typu i chwila minęła, niż załapałem jak równo i poprawnie wiosłować, ale na koniec to już driftowałęm nią i kręciłem bączki :)
Odstawiamy łódeczkę i ruszamy na szlak czerwony na Popradzkie Pleso. Szlak wejście i zejście w sumie 2 h. Ścieżka dosyć łatwa, więc i ludzi więcej, większość szlaku w lesie przecinającym co chwilę jakimś strumyczkiem, a to skalnym zboczem. Po godzince dochodzimy do Popradzkiego Plesa, tak mi się wydaje że to największe pleso, które widzieliśmy, obok restauracyjki, kwatery i plac zabaw dla dzieci, które najbardziej z tych widoków, atrakcji gór wybierały.. huśtawki i zjeżdżalnie :) Z tego miejsca staruje kilka szlaków na wierzchołki miedzy innymi ok 2h w górę i można być na Rysach od strony słowackiej.
Po obejściu jeziorka schodzimy troszkę inna trasą, która kończy się po ok 1h na parkingu przy FJR. Pora obiadowa, także wbijamy zbroje i lecimy na drugą stronę Słowacji w rejony nam już dobrze znane z poprzednich wycieczek czyli Tatry Niskie - Liptowski Mikulas. Tam w zaznajomionej restauracji wcinamy kolejne specjały i wracamy w kierunku Popradu, gdzie idziemy zrelaksować się na koniec naszej wycieczki do Aqua City (ok 20 euro po 17:00 do 22:00).
Byliśmy dwa razy w Tatralandii, a tutaj jesteśmy pierwszy raz, po ok 3 godzinach zwiedzania tego obiektu jesteśmy zgodni w tym, że tutaj nam się bardziej podoba. Mniej ludzi, czystsza woda, różnorakie zjeżdżalnie, duży olimpijski basen i fajnie podzielone baseny z krystalicznie czystą z niebieskim podświetlaniem wodą termalną.
Około 20:00 wychodzimy z Aqua tankujemy moto na jutrzejszą powrotną drogę i wracamy by się wyspać przed jutrzejszą trasą.
7 dzień (sobota)
Plan zakładał wyjazd o 6:00 tak, by jeszcze bez korków przejechać zakopiankę oraz ominąć upały, które się rozpoczęły. Poślizg mieliśmy nie duży po 20 minut. A trasa powrotna przebiegła bez większych problemów (poza objazdem Łodzi, który nie do końca nam wyszedł i nadrobiliśmy trasy i straciliśmy troszkę czasu i nerwów). po ok 8,5h byliśmy już w Chełmnie gdzie czekała na nas rodzinka z grillem i imprezką rodzinna :) Więc tak miło zakończyliśmy nasz wyjazd. Do Gdańska wróciliśmy dwa dni później.
Podsumowanie:
Kolejny raz udało nam się spędzić wspaniale czas w Słowackich Tatrach, łącząc śmiganie na moto, z wycieczką rowerową, codzienną wędrówką po górskich szlakach kończąc na szaleństwach wodnych w Aqua City. Każdego dnia mieliśmy inne atrakcje. Pogoda była nie najgorsza: 3 dni deszczowo, ale ciepło a 4 dni upalne. Ludzie jak zwykle bardzo życzliwi, gościnni a kuchnia przepyszna choć czasem w niektórych potrawach odnaleźliśmy nasze polskie smaki.
Wróciliśmy ze wspaniałymi wspomnieniami, 20 GB filmów/foto z kilkoma pamiątkami dla rodziny i z czymś więcej, co niech zostanie na razie niedopowiedzeniem .. :)
Suma kilometrów: 2500 km
Ilość zwiedzonych górskich stawów: 4
Ogólny koszt wyjazdu (2 osoby) : 2000 zł
Dla wytrwałych (lub cwaniaków, którzy od razu przewinęli na dół stronę :)) filmik i pełna galeria zdjęć z wyjazdu.
PEŁNY ALBUM ZDJĘĆ
PEŁNY ALBUM ZDJĘĆ
Pozdrowienia
Hary i Daga